Maliny lutowo-marcowe


Cześć!
Luty upłynął mi dosyć monotonnie i bez większych odkryć ani dawki inspiracji, jednak marzec był baaaardzo bogaty w wydarzenia. 
Chodźcie poczytać o moich inspiracjach, a w komentarzach koniecznie podzielcie się swoimi :)

1. Na początek polecam Wam bardzo ciekawy wywiad z absolwentem akademii kulinarnej Le Cordon Bleu Markiem Brzezińskim opublikowany w lutowym wydaniu miesięcznika "W drodze". Wywiad ma bardzo frapujący tytuł: "Co zapewnia intymność Japończykowi". Jeśli jesteście ciekawi co to takiego, chcecie poczytać o smakach i zapachach, różnicach kulturowych oraz o tym jak dzieci we Francji uczą się o kuchni, koniecznie sięgnijcie po ten artykuł. (W wersji e-bookowej miesięcznik dostaniecie między innymi na Woblink, Publio oraz Amazonie)

2. Absolutny hit już od jakiegoś czasu - kolorowanki dla dorosłych. Uważałam, że są przereklamowane, dopóki nie dostałam od siostry:) Nie koloruję często, ale faktycznie odstresowują, można po prostu poczuć się jak dziecko i dać sobie odpocząć.

3. Skoro już jesteśmy przy odstresowaczach - moje ostatnie odkrycie, czyli Noisli. Być może nie każdemu odpowiadają odgłosy deszczu czy burzy, ale kawiarnię czy pociąg też tutaj znajdziemy. Możemy dowolnie miksować ze sobą odgłosy. Już dawno nie czułam się tak zrelaksowana słuchając deszczu i śpiewu ptaków:) Koniecznie spróbujcie, nawet jeśli wydaje się Wam to głupie, też tak uważałam na początku :)

4. Teraz, mój absolutny hit - książka z przepisami słynnej londyńskiej cukierni - The Hummingbird Bakery. Absolutnie wspaniała i przepiękna. Dopracowany jest każdy detal, piękny papier i zdjęcia, no po prostu cudo :) Ten prezent to niespodzianka od mojego Narzeczonego :) Z pewnością niedługo pojawi się jakiś przepis z tej książki.

5. Tym prezentem sama się zdziwiłam. Dostałam od taty książkę zwycięzcy ostatniej serii Masterchefa - Damiana Kordasa. Okazało się, że gotował na jednym ze stoisk na targach, na których byliśmy (ja oczywiście byłam tak zakręcona, że nie zwróciłam uwagi). I tym sposobem, mam nawet autograf specjalnie dla mnie! Książka i dania prezentują się pysznie i ciekawie, zabieram się za testowanie :)

6. Moje pierwsze prawdziwe (i do tego jedzone w Anglii) - English breakfast. Pyszne i bardzo sycące, jeśli Anglicy faktycznie jedzą to na śniadanie to z pewnością do kolacji nawet nie pomyślą o jedzeniu :)

7. Kawa z mleczkiem kokosowym - ma ciekawy smak, jednocześnie jest i kawowa i kokosowa :) Spróbujcie i dajcie znać czy Wam też smakuje. (Łuuups, wtyczka w tle... :P)

8. Może nic tu odkrywczego nie ma, ale ostatnimi czasy uzależniłam się od KUKBUKa. Odpowiada mi ich estetyka, ciekawe artykuły i przepisy. No i spora dawka informacji i inspiracji. Podoba mi się też to, że można, w kontekście kulinarnym, poczytać o wielu innych sprawach. Serdecznie polecam, ja oderwać się nie mogę.

I to już koniec malin na dziś. Mam nadzieję, że Wam się podobały i zainspirowały. 
Czekam na Wasze odkrycia w komentarzach :)

Mazurek kajmakowy

Witajcie! 
W przeddzień Wielkanocy życzę Wam pięknego jej przeżycia. Żeby i w Was Jezus zmartwychwstał i żebyście byli prawdziwie szczęśliwi!
Poza tym życzę, żeby wszystko co znajdziecie na wielkanocnym stole było przepyszne i bardzo wszystkim smakowało!

A teraz czas na obiecany mazurek. Jest to przepis mojej cioci, którą wszyscy bardzo miło wspominamy, a jej wyczyny kulinarne to było coś :) Przedstawiam Wam dwie wersje, oryginalną i nieco zmodyfikowaną. Oryginalna ma troszkę luźniejszą strukturę, dlatego mazurek może się nieco rozlewać, ale w ogóle nie szkodzi to jego smakowi a nawet służy!
Do dzieła (myślę, że jeszcze zdążycie :))

Uwaga: masę najlepiej zacząć przygotowywać najpierw, w trakcie gotowania przygotować ciasto :)


Składniki: (na formę 24 cm x 38 cm)

Kruchy spód:
  • 1 szklanka mąki krupczatki
  • 1 szklanka mąki pszennej tortowej
  • 0.5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0.5 kostki masła
  • 2 żółtka
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany
  • 0.5 szklanki cukru
  • szczypta soli

Masa wersja oryginalna:
  • 1 litr śmietanki kremówki 30%
  • 3 szklanki cukru
  • opakowanie cukru wanilinowego
  • 0.5 kostki masła
  • 25 dag rodzynek
  • 25 dag orzechów włoskich
  • 25 g czekolady gorzkiej

Masa wersja zmodyfikowana:
  • 0.5 litra śmietanki kremówki 30%
  • 1.5 szklanki cukru
  • opakowanie cukru wanilinowego 
  • 1/4 kostki masła
  • 25 dag rodzynek
  • 25 dag orzechów włoskich
  • 25 g czekolady gorzkiej
  • puszka masy kajmakowej

Masa:
Obie masy wykonuje się tak samo z tym, że do zmodyfikowanej dodajemy na koniec puszkę masy kajmakowej.
Śmietankę, cukier i cukier wanilinowy umieszczamy w garnku, stawiamy na małym ogniu i gotujemy (około 2.5 - 3 godziny) aż masa lekko zgęstnieje. Możemy sprawdzić czy jest gotowa wylewając kroplę na spodeczek, jeśli się nie rozpływa na boki to znaczy, że już ma właściwą konsystencję. Zdejmujemy z ognia i mieszamy, dodajemy masło i dokładnie mieszamy. Odstawiamy do wystudzenia.
W wersji zmodyfikowanej, po ostudzeniu, mieszamy dokładnie z masą kajmakową.
Rodzynki namaczamy przez chwilę w gorącej wodzie i odsączamy z wody. Orzechy siekamy (tak średnio, ani nie grubo ani nie drobno). Rodzynki i orzechy dodajemy do ostudzonej masy i mieszamy. Gotową masę wylewamy na upieczony i ostudzony spód. Posypujemy startą czekoladą i wkładamy do lodówki. 

Ciasto:
Wszystkie składniki włożyć do miski i krótko zagnieść. Tak, żeby składniki się połączyły ale ciasto nie musi być gładkie. Zawijamy folią i wkładamy na 30 minut do lodówki. Piekarnik nagrzać do 160 stopni, grzanie góra-dół. Wyciągamy ciasto i rozwałkowujemy na papierze do pieczenia w prostokąt o wymiarach foremki. Ciasto wraz z papierem umieszczamy w foremce i pieczemy przez 30-35 minut, aż do zezłocenia.

Smacznego!

Ten mazurek jest baaaaardzo słodki ale zdecydowanie nasz ulubiony, mam nadzieję, że Wy też go polubicie :)

A na koniec święcone jajka i rzeżucha :) No i jeżyk :) Żeby cieszyły oko i dawały nadzieję!
Pięknie się prezentują, prawda?

Kaczka w pomarańczach


Cześć! 
Jestem bardzo podekscytowana dzisiejszym wpisem, zwłaszcza, że kaczkę w ogóle robiłam po raz pierwszy w życiu. Przepis, którym się z Wami podzielę, pochodzi z książki Julii Child - Francuski szef kuchni. Czytając każdy przepis w tej książce można naprawdę zwątpić, są w większości okropnie tasiemcowate i bardzo pracochłonne. Ale, no właśnie, absolutnie warto poświęcić na przygotowanie kaczki aż tyle czasu. Jest przepyszna, delikatna, rozpływająca się w ustach po prostu. A sos... Rozmarzyłam się :)
W każdym razie, myślę, że świetnie nada się na Wielkanocny obiad. 

Uwaga: Wywar najlepiej przygotować dzień wcześniej.

Składniki: (dla 5-6 osób)

Wywar do sosu:
  • końce skrzydeł kaczki, szyja, podroby (ja miałam kaczkę bez podrobów a sos wyszedł bardzo dobry, więc jeśli macie taką kaczkę, nie martwcie się)
  • 2 łyżki oleju
  • 1 średnia marchewka
  • 1 średnia cebula
  • 1 szklanka bulionu wołowego
  • 2 szklanki wody
  • 4 gałązki natki pietruszki
  • 1 liść laurowy
  • 1/4 łyżeczki szałwii

Skórka pomarańczowa:
  • 4 pomarańcze, najlepiej słodkie (ja dałam 3 zwykłe i 1 czerwoną)
  • 1 litr wody

Kaczka:
  • kaczka o wadze około 2.5 kg
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1/8 łyżeczki pieprzu
  • 1/3 przygotowanej skórki pomarańczowej

Sos:
  • 3 łyżki cukru
  • 1/4 szklanki octu winnego czerwonego
  • 2 szklanki wywaru z kaczki (akurat tyle powinno Wam zostać, po gotowaniu wywaru)
  • 2 łyżki mąki kukurydzianej zmiksowanej z 2 łyżkami porto (z racji, że nie znam się na winach totalnie, dodałam czerwonego wina, które akurat stało w lodówce)
  • reszta skórki pomarańczowej
  • miąższ z pomarańczy

Dodatkowo:
  • 1/2 szklanki porto (dodałam tego samego czerwonego wina, którego użyłam do sosu)
  • 2-3 łyżki soku z cytryny
  • 2-3 łyżki miękkiego masła

Wywar:
Końce skrzydeł, szyję i ewentualnie podroby kroimy na kawałki o długości około 3 cm. Marchewkę kroimy w talarki, cebulę w plasterki. Na patelni rozgrzewamy olej, rumienimy pokrojone części kaczki razem z marchewką i cebulą. Przekładamy do rondla, zalewamy bulionem i wodą. Zagotowujemy. Zdejmujemy szumowiny (czyli te wszystkie farfocle pływające po powierzchni :)). Dodajemy zioła i gotujemy na małym ogniu przez około 2 godziny. Odcedzamy, zdejmujemy tłuszcz i jeśli mamy więcej niż 2 szklanki to jeszcze gotujemy, żeby zredukować do tej ilości. Następnie zdejmujemy z ognia, studzimy i wkładamy do lodówki.

Skórka pomarańczowa:
Obieraczką do warzyw odcinamy tylko pomarańczową część skórki. Obrane pomarańcze (ale takie, które wciąż pokryte są warstwą białej skórki) zawijamy w folię i wkładamy do lodówki, aż do czasu kiedy będziemy podawać kaczkę. W ten sposób nie wyschną i będą soczyste. Skórkę kroimy w cienkie paski (szerokie na 2 mm i długie na około 4 cm). Gotujemy w wodzie przez 15 minut, dzięki temu pozbędziemy się goryczki. Następnie odcedzamy, płuczemy i osuszamy na papierowych ręcznikach. 

Kaczka: 
Czas pieczenia: 1 godzina 30 minut
Kaczkę nakłuwamy co 1.5 centymetra, ułatwi to wytapianie tłuszczu. Przed pieczeniem warto wyjąć kaczkę z lodówki, żeby nabrała temperatury pokojowej.
Doprawiamy ją od środka solą i pieprzem, następnie nakładamy do środka 1/3 skórki pomarańczowej. Przywiązujemy do ciała skrzydła i nogi oraz zamykamy korpus. 
Piekarnik rozgrzewamy do 230 stopni. Kaczkę układamy piersią do góry na kratce, pod spodem umieszczając brytfankę, będzie tam się gromadził tłuszcz. Wkładamy kaczkę do piekarnika i po 15 minutach zmniejszamy temperaturę do 175 stopni. Co 15 minut obracamy kaczkę z boku na bok. Przez ostatnie 15 minut powinna leżeć na grzbiecie.
Aby sprawdzić czy kaczka jest gotowa wbijamy widelec w najgrubszą część nogi. Powinny wypłynąć lekko różowe lub przezroczyste soki.

Sos:
Mieszamy cukier z octem w małym rondelku i zawirowujemy nim nad ogniem, aż cukier całkiem się rozpuści. Następnie gotujemy na dużym ogniu, aż płyn nabierze karmelowobrązowej barwy. Zdejmujemy z ognia i mieszamy z połową wywaru z kaczki. Znowu gotujemy przez chwilę na małym ogniu, aż karmel się rozpuści. Zdejmujemy z ognia i mieszamy z pozostałą częścią wywaru. Dodajemy mąkę zmieszaną z winem oraz pozostałą skórkę pomarańczową. Stawiamy na małym ogniu i gotujemy 3-4 minuty. Doprawiamy delikatnie solą i pieprzem. Sos powinien być lekko zagęszczony i klarowny.
Niedługo przed podaniem (kiedy kaczka kończy się piec) obieramy pomarańcze z białej skórki i kroimy je w plastry.

Podanie:
Kiedy kaczka jest gotowa, wykładamy ją na półmisek, usuwamy sznurek i trzymamy w wyłączonym piekarniku do czasu podania, żeby nie wystygła. Z brytfanki usuwamy tłuszcz, wlewamy na nią wino a stężałe soki wyskrobujemy drewnianą łyżką. Tak powstałą mieszaninę wlewamy do sosu i zagotowujemy na małym ogniu z sokiem z cytryny. Jeśli sos jest zbyt słodki dodajemy odrobinę soku z cytryny. Zdejmujemy z ognia i mieszamy z masłem. Wyjmujemy kaczkę, wokół niej układamy plasterki pomarańczy, lekko kropimy ją sosem. Resztę sosu podajemy w sosjerce. 
Smak kaczki w sosie pomarańczowym i z pomarańczami jest wyrazisty i powinien dominować, dlatego najlepiej podać ją z pieczonymi w piekarniku ziemniaczkami lub frytkami (ja podaję z takimi w ziołach, pokrojonymi w ósemki, lekko podgotowanymi a następnie przypieczonymi w piekarniku).

Smacznego!

Wiem, przepis jest baaaaaardzo pracochłonny, ale dajcie się namówić chociaż raz a nie pożałujecie :)
Czekam na komentarze jak Wam poszło :)




Babeczki gruszkowe z imbirem


Cześć! Dawno mnie na blogu nie było, a to wszystko z winy ogromnej ilości spraw, które ostatnio na mnie spadają. 
Tym razem pokażę Wam przepis na babeczki z gruszkami i imbirem. Są one bardzo podobne do babeczek jabłkowych z kremem waniliowym, właściwie jest to po prostu wariacja na temat tamtego przepisu. Ja absolutnie uwielbiam połączenie gruszek z imbirem i w dodatku z tym kremem... Pychota :)

UWAGA: KREM NALEŻY PRZYGOTOWAĆ DZIEŃ WCZEŚNIEJ!


Składniki (na 12 babeczek):

Babeczki:
  • 2 gruszki (około 400 g)
  • korzeń imbiru wielkości kciuka (około 20 g)
  • 150 g mąki
  • 0.5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 0.5 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 140 g masła
  • 120 g cukru (100 g, jeśli budyń jest z cukrem)
  • 2 łyżki soku z cytryny
  • 2 łyżki budyniu waniliowego (najlepiej bez cukru)
  • 3 jajka

Krem:
  • 100 g cukru pudru (70 g, jeśli budyń jest z cukrem)
  • 3 łyżki budyniu waniliowego w proszku (najlepiej bez cukru)
  • 1 łyżka ekstraktu waniliowego
  • 600 ml śmietanki kremówki
  • odrobina zielonego barwnika (ja używam w proszku)


Przygotowanie kremu: (jak w przepisie na babeczki jabłkowe)
Do dużej miski lub garnka przesiewamy cukier puder razem z budyniem. Dodajemy ekstrakt waniliowy oraz 4 łyżki śmietanki kremówki i mieszamy rózgą na gładką masę. Pozostałą śmietankę podgrzewamy na małym ogniu aż zauważymy drobne bąbelki na brzegu naczynia. Śmietanka ma być gorąca ale nie może wrzeć! Następnie powoli, cały czas ubijając rózgą wlewamy ciepłą śmietankę do miski z budyniem. Gotową gładką masę przelewamy z powrotem do garnka i gotujemy na małym ogniu przez 4-6 minut, cały czas mieszając aż masa zgęstnieje. Na powierzchni kremu układamy kawałek folii spożywczej (zapobiegnie to powstawaniu kożucha), odstawiamy do ostudzenia a następnie wstawiamy do lodówki na całą noc.

Przygotowanie babeczek:
Rozgrzewamy piekarnik do 140 stopni z termoobiegiem. Wykładamy papilotkami foremkę na babeczki (12 sztuk). Gruszki obieramy ze skórki i pozbawiamy gniazd nasiennych, następnie kroimy w kostkę. Imbir obieramy ze skórki i ścieramy na tarce o drobnych oczkach. W misce mieszamy ze sobą pokrojone gruszki, imbir, budyń oraz sok z cytryny. W innej misce ucieramy mikserem masło z cukrem na jasną, puszystą masę. Dodajemy po jednym jajku, miksując po każdym dodaniu, aż do połączenia. Do tak przygotowanej masy wsypujemy mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia i sodą oczyszczoną i mieszamy łyżką lub szpatułką aż składniki się połączą. Kolejno dodajemy gruszki z imbirem, budyniem i sokiem z cytryny, wszystko razem mieszamy. Ciasto nakładamy po równo do przygotowanej foremki wyłożonej papilotkami. Pieczemy przez 15-20 minut aż wierzch się delikatnie zarumieni lub do czasu gdy patyczek wetknięty w środek będzie suchy. Upieczone  babeczki wyjmujemy na kratkę, żeby wystygły.

Kiedy babeczki już ostygną, a krem spędzi całą noc w lodówce, wyjmujemy go i mikserem ubijamy na w miarę sztywny krem. Rozdzielamy krem w proporcjach 1/3 i 2/3 do osobnych misek. Do 1/3 kremu dodajemy odrobinę zielonego barwnika (do uzyskania pożądanego koloru) i miksujemy. 
Do rękawa cukierniczego nakładamy najpierw zielony krem, tak aby na bokach rękawa utworzył 3 lub 4 pasy. Nakładamy go po prostu na 'ścianki' rękawa. Następnie do środka, uważając, żeby nie zniszczyć zielonych pasków, nakładamy cały pozostały krem. Wyciskamy go na babeczki w dowolny kształt (próbowałam zrobić róże ale średnio mi poszło, więc pozostałam przy moich ślimaczkach :)). Dzięki takiemu nałożeniu kremu uzyskamy całkiem ciekawe przenikanie się kolorów, co mnie się podoba :)
Gotowe babeczki należy przechowywać w lodówce.

Babeczki znikają w zastraszająco szybkim tempie...

Smacznego!


Romantyczny pudding chia


Co prawda Walentynki już za nami, ale romantyczny pudding świetnie sprawdzi się o każdej porze :) Jest bardzo efektowny i banalnie prosty w wykonaniu. Spokojnie można go jeść także na śniadanie, ma mnóstwo wartości odżywczych i jest naprawdę pyszny.

Składniki: (na 4-5 porcji)

Pudding:
  • 4 łyżki nasion chia
  • 400 ml puszka mleka kokosowego
  • 100 ml mleka
  • 4 łyżeczki cukru

Mus truskawkowy:
  • 200 g mrożonych truskawek
  • 50 ml śmietanki kremówki
  • 2 łyżeczki cukru

Dodatkowo:
  • 250 g świeżych truskawek
  • cukier puder do posypania

Dzień przed podaniem puddingu zaczynamy przygotowanie. Do miski wsypujemy nasiona chia i cukier, wlewamy mleko i mleko kokosowe i wszystko dokładnie mieszamy. Wstawiamy na 15-20 minut do lodówki. Po tym czasie wyjmujemy i ponownie dokładnie mieszamy. Masę nakładamy po równo do 4 lub 5 pucharków (lub szklanek jak w moim przypadku :)) i wkładamy na całą noc do lodówki.
Następnego dnia, tuż przed podaniem przygotowujemy mus. Do miksera wsypujemy mrożone truskawki i miksujemy je, żeby nieco się rozdrobniły. Dodajemy śmietankę i cukier, i miksujemy na gładką masę, w zasadzie taki trochę sorbet. Gotowy mus nakładamy po równo na wierzch puddingu z nasion chia, który przygotowaliśmy dzień wcześniej. Świeże truskawki kroimy w plasterki. Możemy nadać im lekko 'serduszkowy' kształt, wycinając szypułki tak jakbyśmy chcieli wyciąć trójkąt. Na musie układamy plasterki truskawek i posypujemy lekko cukrem pudrem.

I gotowe!
Smacznego!

Śniadaniowy omlet

Dzisiaj pokażę Wam przepis na mojego ulubionego śniadaniowego omleta. Testowałam go z wieloma różnymi składnikami, ale uważam, że omlet z tymi, które zaraz zobaczycie, jest najpyszniejszy. Mogę jeszcze dodać, że jest to świetna opcja dla tych, którzy nie mogą się zdecydować między jajecznicą a parówkami - ten omlet jest świetnym kompromisem :)

Składniki:

  • 2 jajka
  • 1 duża parówka (lub 2 'bobaski')
  • 5 pomidorków cherry
  • 20 g żółtego sera
  • 1/4 cebuli
  • 1 łyżka masła
  • 1/4 łyżeczki bazylii
  • 1/4 łyżeczki oregano
  • sól i pieprz
  • sos z octu balsamicznego (opcjonalnie)

Cebulę siekamy drobno. Jajka roztrzepujemy w miseczce razem z solą, pieprzem, bazylią i oregano. Pomidorki kroimy na ćwiartki. Ser żółty trzemy na tarce o grubych oczkach. Parówkę kroimy w plasterki o grubości około 0,5 cm. Na patelnię (taką o średnicy około 27 cm lub podobnie) wrzucamy masło i cebulę, smażymy aż cebula się zeszkli, a masło rozpuści. Następnie, wlewamy roztrzepane jajka, tak, aby pokryły całą patelnię (jak naleśnik). Trzymamy tak chwilę na ogniu, żeby jajka się trochę ścięły. Na to wrzucamy parówkę, pomidorki i posypujemy startym serem. Trzymamy na średnim ogniu aż jajka z wierzchu się zetną (trwa to około 3-5 minut). Teraz czas zgiąć omleta na pół. Najlepiej podważyć jedną połowę łopatką do przewracania naleśników i zdecydowanym ruchem przykryć nią drugą połowę. Tak założonego omleta smażymy jeszcze jakieś 2 minuty. Przekładamy na talerz i polewamy sosem z octu balsamicznego.

Tak przygotowany omlet jest nie tylko smaczny, ale i bardzo pożywny.
Smacznego!

Maliny - styczniowe


Cześć! Noszę się z zamiarem publikowania co jakiś czas postów z różnymi rzeczami i wydarzeniami, kulinarnymi i około-kulinarnymi, które mnie zainteresowały, spodobały się, ucieszyły lub w jakiś sposób zainspirowały. Myślałam nad nazwą i myślałam i nic mi do głowy nie przyszło lepszego niż "Maliny". Bo skoro blog jest malinowy to te wszystkie ciekawe rzeczy będą właśnie malinami :) Posty z tego cyklu będą pojawiać się co jakiś czas, mam nadzieję, że w miarę regularnie. No i chętnie poczytam o Waszych inspiracjach i odkryciach, więc zapraszam do dzielenia się nimi w komentarzach. 
A więc, cykl - Maliny, czas zacząć!

1. Na początek, piękny prezent (dostałam go pod choinkę), prawdziwe makaroniki, ze słynnego Laduree. Muszę się przyznać, że były to pierwsze w moim życiu makaroniki nie własnego wyrobu jakie zjadłam. Dlatego teraz w końcu mogę powiedzieć, że wiem jak powinny smakować :)
 Ciasteczka zapakowane były bardzo pieczołowicie, w piękne pudełko, które widzicie na zdjęciu i dodatkowo w styropianowe pudełko z wkładami chłodzącymi. Zniknęły w momencie, tak, że nawet zdjęcia z nimi w środku nie udało się zrobić...
Zajrzyjcie na stronę Laduree, warto pooglądać te pyszności bo wyglądają przepięknie :)

2. Będąc w McDonald's, konkretnie w McCafe, zamówiłam herbatę owocową. I byłam bardzo miło zaskoczona, kiedy dostałam herbatę w uroczej, zszywanej torebce, którą widzicie na zdjęciu. Uważam, że pomysł jest przedni i prezentuje się bardzo elegancko.

3. Na koniec zostawiłam sobie może nie tyle odkrycie co przedsięwzięcie, w którym miałam szansę pomagać, a mianowicie - dekoracja tortu na rocznicę ślubu. Dekoracja wykonana jest z lukru plastycznego. Umęczyliśmy się wszyscy (była nas czwórka) przy klejeniu postaci ogromnie, ale efekt - wart wysiłku. Był to nasz pierwszy tego typu tort, nigdy wcześniej nie robiliśmy niczego z lukru plastycznego, tym bardziej byliśmy z siebie dumni. Postacie nie są idealne, ale co tam! Zabawy było co niemiara :)

Tort piekła Ola, u której wszystko jest zawsze pyszne :)

I to już koniec Malin na dziś. Mam nadzieję, że ten cykl Wam się spodoba i będziecie pisać o swoich odkryciach w komentarzach - bardzo chętnie poczytam!