Lubię ostatnio szybkie przepisy, pogoda sprzyja przebywaniu na zewnątrz dlatego średnio uśmiecha mi się stanie nad garami cały dzień. Dziś prezentuję przepis na taki właśnie słoneczny dzień - cobbler brzoskwiniowo-malinowy. Połączenie brzoskwiń z malinami jest doskonałe zarówno pod względem smaku jak i koloru, po prostu cudne. Cobbler przygotowuje się szybko i... równie szybko zjada :) Trzeba pilnować swojej porcji jak oka w głowie :)
Składniki: (na 6-7 porcji)
- 150 g mąki pszennej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 50 g miękkiego masła
- 2 łyżeczki cukru
- 100 ml mleka
- 180 g jogurtu naturalnego
- szczypta soli
- 4 brzoskwinie
- 150 g malin
- 4 łyżeczki cukru
- cukier puder do oprószenia
Piekarnik nagrzewamy do 170 stopni. Brzoskwinie kroimy w kostkę i równomiernie rozdzielamy do ramekinów, lub innych naczyń, w których będziemy cobbler piec. Maliny również rozdzielamy do ramekinów po równo. Następnie każdą porcję zasypujemy cukrem (około 2/3 łyżeczki na porcję). W osobnej misce mieszamy ze sobą mąkę, proszek do pieczenia, cukier i sól. Dodajemy masło, jogurt i mleko a następnie dokładnie mieszamy. Gotowym ciastem polewamy owoce, tak, żeby je przykryć całkowicie, oczywiście rozdzielamy je równo dla każdej porcji. Wkładamy do piekarnika i pieczemy około 35 minut. Po tym czasie wyjmujemy, odstawiamy na chwilę do przestygnięcia, posypujemy cukrem pudrem. Podajemy najlepiej jeszcze ciepłe :)
Tak! Właśnie dziś jest ten wielki dzień - frambuesowy obchodzi ROK!!! Ogromnie się cieszę, że udało mi się przez ten rok nie zrezygnować z prowadzenia bloga, że frambuesowy się rozkręca i ma coraz więcej fanów, że gotuję i piekę coraz więcej, bo bardzo to lubię :)
Jak urodziny to nie może zabraknąć oczywiście tortu :) Specjalnie z okazji urodzin bloga - Frambuesowa chmurka :)
(przepis to zmodyfikowana wersja Malinowej chmurki z przepisu znajomej mojej mamy - pani Bożenki, którą pozdrawiam serdecznie)
Składniki: (na tortownicę o średnicy 28 cm)
Ciasto kruche:
- 6 żółtek
- 3 łyżki cukru pudru
- 150 g zimnego masła
- 30 g cukru
- 200 g mąki pszennej
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
Beza:
- 6 białek
- 8 łyżek cukru
- szczypta soli
- 100 g płatków migdałowych
Krem:
- 600 ml śmietanki kremówki
- 1,5 łyżki cukru pudru
- 2 x śmietanfix
Galaretka:
- 2 galaretki o smaku malinowym
- 1/2 litra wody
- 300 g malin (mogą być mrożone)
2 galaretki rozpuszczamy w 1/2 litra wrzącej wody. Dodajemy maliny i odstawiamy do czasu aż zacznie tężeć. UWAGA: jeśli dodajemy mrożone maliny galaretka zacznie tężeć właściwie natychmiast, w takim przypadku lepiej przygotować ją gdy spody są już ostudzone.
Piekarnik nagrzać do 150 stopni z termoobiegiem.
Składniki na ciasto kruche wyrabiamy i dzielimy na dwie części, wkładamy do lodówki na czas przygotowania bezy. Białka umieszczamy w metalowej lub szklanej misce i ubijamy na sztywno. Następnie dodajemy po łyżce cukru, dokładnie miksując po każdym dodaniu. Wyciągamy z lodówki kruche ciasto, na dwóch arkuszach papieru do pieczenia odrysowujemy okręgi o średnicy 28 cm. Na każdym z nich rozwałkowujemy jedną część ciasta kruchego, starając się, aby jak najlepiej dopasować ciasto do narysowanego okręgu. Rozwałkowane ciasto wraz z papierem umieszczamy w tortownicach (możemy również piec je jedno po drugim, jeśli mamy tylko jedną tortownicę). Bezę dzielimy na pół i każdą część rozsmarowujemy równomiernie na cieście kruchym. Kolejno posypujemy bezy płatkami migdałowymi i wkładamy do piekarnika. Pieczemy 50-60 minut. Następnie wyjmujemy i studzimy.
Śmietankę kremówkę krótko ubijamy, dodajemy cukier puder i śmietanfixy i ubijamy do sztywności.
Delikatnie odklejamy placki od papieru do pieczenia. Na spodzie tortownicy układamy jeden z placków, na nim rozsmarowujemy połowę kremu ze śmietanki kremówki, na niego wykładamy TĘŻEJĄCĄ galaretkę z malinami a na galaretkę drugą połowę śmietanki kremówki i przykrywamy drugim plackiem.
Gotowy tort aż do całkowitego stężenia pozostawiamy w tortownicy i trzymamy w lodówce. Powinien być gotowy po około 2-3 godzinach w lodówce, po tym czasie spokojnie można usunąć obręcz tortownicy.
Smacznego świętowania pierwszego roku frambuesowego!
Przedstawiam Wam dzisiaj niezwykle prosty przepis mojej mamy na piszinger kakaowy. Kiedy mam ochotę na coś słodkiego, albo idę na jakąś imprezę i chcę przynieść coś od siebie a nie mam do dyspozycji piekarnika (ostatnio niestety piekarnik mam tylko w weekendy...) to przygotowuję ten właśnie piszinger. I zawsze, ale to zawsze, smakuje wszystkim bardzo, nawet tym, którzy piszingerów normalnie nie lubią. Jeśli chcecie się przekonać na własnej skórze, a raczej kubkach smakowych, zapraszam do testowania :)
Koniecznie dajcie znać w komentarzach, czy Wam też smakował :)
Składniki:
- pół opakowania wafli kwadratowych (jeśli wolicie okrągłe to też będą dobre)
- 200 g masła
- 1 szklanka cukru
- 1/2 szklanki mleka
- 4 łyżki kakao
- 250 g mleka w proszku
- 50 g wiórków kokosowych
Masło rozpuszczamy w garnku (najlepiej użyć takiego z grubym dnem, żeby nic nam się nie przypaliło). Zmniejszamy ogień do bardzo małego. Ciągle trzymając na ogniu dodajemy kolejne składniki. Do rozpuszczonego masła wsypujemy kakao i dokładnie mieszamy rózgą, żeby nie powstały grudki. Następnie dodajemy cukier i również dokładnie mieszamy. Kolejno dodajemy mleko i mleko w proszku, znowu dokładnie mieszamy, najlepiej rózgą, aż do uzyskania kremu o gładkiej konsystencji. Zdejmujemy z ognia i jeszcze ciepłym kremem przekładamy wafle. Ja zwykle rozsmarowuję po 2 łyżki na każdym waflu. Należy robić to dokładnie, pokrywając cały wafel, żeby po pokrojeniu każdy kawałek miał dobrze sklejone warstwy. Ostatnią porcją kremu smarujemy wierzch piszingera i posypujemy wiórkami kokosowymi. Odczekujemy około 30 minut aż masa nieco stężeje, gotowy piszinger nakrywamy deską do krojenia a na niej stawiamy coś ciężkiego i zostawiamy tak na minimum 2 godziny. Po tym czasie możemy posypać jeszcze nieco wiórkami kokosowymi a następnie kroimy w kawałki o dowolnej wielkości i podajemy.
Piszinger możemy spokojnie przechowywać w zamkniętym pojemniku, najlepiej w lodówce, do tygodnia.
Po tylu słodkościach na frambuesowym, przyszedł czas na coś konkretniejszego. Szczerze mówiąc, za ziemniakami jakoś niespecjalnie przepadam, ale w tej wersji je wręcz uwielbiam. Mają cudownie chrupiącą skórkę, a tymianek i rozmaryn (uwielbiam rozmaryn!) nadają im fantastyczny smak :) Można je jeść solo lub jako dodatek do mięs i ryb. Koniecznie spróbujcie ich w połączeniu z tymiankowymi udkami z kurczaka!
Składniki: (na 8 porcji)
- 2 kg ziemniaków
- 8 gałązek tymianku
- 5 małych gałązek rozmarynu
- 1 łyżeczka oregano (lub 10 listków)
- 10 łyżek oliwy
- sól
Ziemniaki dokładnie szorujemy, żeby usunąć wszelkie zabrudzenia, a następnie kroimy w ósemki (jeśli ziemniaki są duże każdą ósemkę kroimy jeszcze na pół). Pokrojone ziemniaki umieszczamy w garnku, zalewamy wodą i odrobinę solimy. Stawiamy na ogniu, doprowadzamy do wrzenia i gotujemy 20 minut, następnie odcedzamy.
Piekarnik nagrzewamy do 180 stopni.
W garnuszku mieszamy ze sobą oliwę z oliwek, porwane na mniejsze kawałki gałązki tymianku i rozmarynu, oregano i sól. Gotową mieszanką polewamy ziemniaki i dokładnie, ale delikatnie, żeby ziemniaki zachowały kształt, mieszamy. Obtoczone w przyprawach ziemniaki wykładamy na blaszkę i rozkładamy równomiernie. Wkładamy do nagrzanego piekarnika i pieczemy 30-40 minut, co jakiś czas drewnianą łyżką delikatnie mieszając, aby oderwać przywierające ziemniaczki. Możemy także dodać 2-3 łyżki oliwy jeśli uważamy, że jest jej zbyt mało.
Gotowe ziemniaczki podajemy na ciepło, możemy dodatkowo przybrać je gałązkami świeżego tymianku i rozmarynu.
Smacznego!
Lato powoli się kończy, ale ja bym chciała, żeby trwało jeszcze długo, dlatego dzisiaj pokazuję Wam przepis na przepyszny włoski deser z musem z borówek amerykańskich, nasze polskie leśne jagody też świetnie się sprawdzą. Panna cotta to bardzo prosty i zarazem efektowny deser, a na letnie popołudnia i wieczorne imprezy wręcz wyśmienity :) Włosi na jedzeniu znają się jak mało kto :) Wypróbujcie sami!
Składniki: (na 4 porcje)
Panna cotta:
- 200 ml śmietanki kremówki
- 100 ml mleka
- 2 łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią
- 2 łyżeczki cukru
- 1 i 1/4 łyżeczki żelatyny namoczonej w 1 łyżce zimnej wody
Mus:
- 150 g borówek amerykańskich lub jagód + trochę do posypania
- 3 łyżeczki cukru
- 1/2 łyżki żelatyny rozpuszczonej w 2 łyżkach wrzącej wody
- 100 ml śmietanki kremówki
Śmietankę kremówkę, mleko, cukier i cukier z wanilią podgrzewamy, aż na brzegach pojawią się bąbelki, ale nie będzie wrzało. Zdejmujemy z ognia. Do namoczonej żelatyny dodajemy kilka łyżek gorącej mikstury i dokładnie mieszamy, żeby żelatyna się rozpuściła. Następnie żelatynę dodajemy do reszty śmietanki i dokładnie mieszamy. Tak przygotowaną mieszaninę rozlewamy do 4 naczyń, napełniając mniej więcej 2/3 naczynia (ja wykorzystuję szklane słoiczki po jogurtach, uważam, że są urocze :)). Szczelnie przykrywamy folią i wkładamy do lodówki na minimum 2 godziny.
W czasie kiedy panna cotta się chłodzi, przyrządzamy mus. Borówki umieszczamy w rondelku z 3 łyżeczkami cukru i podgrzewamy do momentu aż cukier się rozpuści a borówki rozpadną. Następnie przecieramy całość przez sitko, aby uzyskać gładką konsystencję. Stawiamy na ogniu, podgrzewamy do wrzenia i zdejmujemy. Do puree z borówek dodajemy rozpuszczoną żelatynę, najpierw mieszając ją z kilkoma łyżkami puree a następnie dokładnie łącząc z całością. Pozostawiamy do całkowitego wystudzenia.
Kiedy już puree jest zimne a panna cotta ścięta z wierzchu, ubijamy śmietankę kremówkę na sztywno, kolejno dodajemy po łyżce puree delikatnie, ale dokładnie, mieszając po każdym dodaniu (nie należy tego robić mikserem tylko łyżką lub szpatułką). Gotowy mus nakładamy na pannę cottę i znów wstawiamy do lodówki, tym razem na 4 godziny lub na całą noc.
Przed podaniem wyciągamy panna cottę z lodówki i posypujemy świeżymi borówkami.
Smacznego!