Angielskie smaczki

10/19/2015 Marysia frambuesowy 2 Comments


W ciągu ostatnich dwóch tygodni bardzo wiele się wydarzyło, odwiedziłam Anglię, zwiedziłam wiele pięknych miejsc i jadłam baaaardzo dużo i bardzo różnorodnie. To wszystko za sprawą moich wspaniałych gospodarzy, którym ogromnie za ten czas dziękuję! Dzisiejszy post będzie o jedzeniu głównie, ale trochę inaczej niż do tej pory, bez przepisów, za to z dużą dawką inspiracji.
Na samym początku mojej wizyty dostałam przepiękny prezent urodzinowy (chwilę na mnie czekał ale było warto!). Czekoladki i herbata z urodzinowej edycji Harrodsa. Od mojej pierwszej styczności z Harrodsem, jestem absolutnie urzeczona pięknymi opakowaniami oraz dbałością o detale. Czekoladki zostały zjedzone w trybie prawie natychmiastowym, a herbata ma bardzo oryginalny smak, myślę, że będzie mi wiernie towarzyszyć w zimne jesienne (i już niedługo zimowe) wieczory.
Oprócz tych pyszności dostałam książkę Fiony Cairns (to kobieta, która wykonywała tort na wesele Kate i Williama) "The birthday cake book". Pomysły na niektóre dekoracje są tam naprawdę szalone, ale myślę, że zbiorę się na odwagę, żeby któreś z nich przygotować. Z pewnością się pochwalę jeśli wyjdą dobrze :)
Zostałam ugoszczona po królewsku, codziennie zajadałam się wszelakimi pysznościami. Pierwszy raz w życiu jadłam przegrzebki (inaczej małże św. Jakuba) i smakowały mi bardzo, mimo iż do owoców morza podchodzę raczej nieufnie. Dostałam również sarninę, śmieszne małe brokułki, które wyglądały jak szparagi, ser camembert z masowanych krów, przepiórkę oraz wiele innych pyszności, którym ze zbytniego łakomstwa nie zdążyłam zrobić zdjęć... 

Oprócz tego zjadłam pysznego pająka...
Na całe szczęście głównie z czekolady :) Sam pomysł wykonania jest ogromnie inspirujący i mam już w planach wykonanie czegoś na jego bazie.

Odwiedziłam również knajpkę z 'jeżdżącym' sushi. Szczerze mówiąc, próbowałam już sushi ale w takiej formie jadłam je po raz pierwszy. Smakowało mi, zjadłam wiele różnych rodzajów, próbowałam też dodatku w postaci płatków imbiru w sosie (nie mam pojęcia jak to się fachowo nazywa). Nie jest to jednak coś bez czego nie mogłabym żyć :)
Na zdjęciu udaję, że potrafię posługiwać się pałeczkami. W rzeczywistości zupełnie mi to nie idzie... dlatego zjadałam kolejne porcje nabijając je na jedną z pałeczek :)
W wolnych chwilach przeglądałam całą masę brytyjskich czasopism kulinarnych, znalazłam wiele inspirujących przepisów i pomysłów i mam nadzieję, że uda mi się je szybko wypróbować, oglądałam fragmenty The Great British Bake Off i pierwszy raz usłyszałam o Mary Berry. Dostałam również przepis na prawdziwe brytyjskie scones. Jadłam je po raz pierwszy i ogromnie mi zasmakowały. A dodatkiem do nich w postaci clotted cream jestem po prostu oczarowana i jednocześnie zawiedziona, że tak trudno dostać ją w Polsce... Może porwę się na przygotowanie clotted cream sama, kto wie :)
Przepiękna jest ta reklama herbaty z rabarbarem :) 
A na sam koniec, pokażę Wam co kupiłam dla moich bliskich w prezencie. Otóż okazało się, że mogę kupić rodzynki w czekoladzie, ale nie takie zwykłe, najlepsze na świecie, firmy Kirkland. Kiedy byłam mała, dostawaliśmy ze Stanów Zjednoczonych od cioci i wujka zawsze kilka słoików tych rodzynek, zawsze bardzo wszystkim smakowały, no i przypominają dzieciństwo :) Dodatkowo kupiłam całą paczkę suszonego mango. Tata kiedyś przywiózł nam jedną paczkę z Tajlandii, a kiedy okazało się, że jest przepyszne, żałował, że kupił tylko jedną. 
Bardzo cieszę się, że mogłam spędzić w Anglii te dwa tygodnie. Szczególnie dziękuję moim gospodarzom za miłe przyjęcie i wszystkie rozrywki!

Jeśli macie jakieś własne wspomnienia kulinarne (i nie tylko) związane z Wielką Brytanią, produkty bądź przepisy z nią związane, które warto wypróbować lub miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć to piszcie. Bardzo chętnie poczytam o Waszych doświadczeniach i przy następnej wizycie z podpowiedzi skorzystam :)


Zobacz także

2 komentarze:

  1. Ten imbir w sosie to nic innego jak kandyzowany imbir, który oczyszcza kupki smakowe, dzięki czemu możemy się w pełni delektować subtelnymi aromatami płynącymi z sushi (i nie tylko) :)

    Bardzo podoba mi się Twoja relacja! Zazdroszczę metalowych pudełek po czekoladkach i herbacie! Z tego pierwszego zrobiłabym sobie piórnik :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo dziękuję za wytłumaczenie!

    Cieszę się, że się podoba :) Właśnie biję się z myślami czy piórnik czy kosmetyczka?

    Pozdrawiam też!

    OdpowiedzUsuń